login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Sport

Dzikie zjazdy!

Tomasz Dębiec

Nie raz oglądałem stoki Borżawy z polskich Bieszczadów i za każdym razem zachwycała mnie ich rzeźba. Tam muszą być wspaniałe zjazdy… myślałem. W końcu postanowiłem przekonać się, czy z bliska też wyglądają tak obiecująco. Freeridowy wypad w Borżawę postanowiłem zaplanować w okresie, który można by nazwać już nieco wiosennym. Po pierwsze łatwiej się wtedy dostać do serca gór, gdzie i tak śnieg długo zalega. Poza tym wiosną można się już spodziewać względnie bezpiecznych warunków pod względem lawinowym.


Wybraliśmy mieszany środek transportu w góry. Do położonych niedaleko polsko-ukraińskiej granicy Ustrzyk Dolnych dojechaliśmy samochodem, a dalej już pociągami do podnóży Borżawy. Sama podróż też jest swego rodzaju atrakcją. Pociąg, w którym przekraczaliśmy granicę mógłby nazywać się „Przemytnik”. Z reguły jego wagony są mocno zdezelowane, bo codziennie, w najdziwniejszych zakamarkach, przemytnicy chowają kontrabandę w postaci papierosów albo wódki. Żeby się dostać do tych skrytek niejednokrotnie trzeba odkręcić jakiś element wagonu, następnie chowa się tam przewożone produkty i przykręca jak gdyby nigdy nic. Na granicy celnicy również rozkręcają część wagonu, żeby ukrócić przemytniczy proceder i przechwycić część towaru. Jak pociąg minie kontrolę graniczną, przemycający wyjmują to czego nie udało się znaleźć celnikom, co jak nie trudno się domyślić wiąże się z kolejnym już majstrowaniem. Siłą rzeczy tak traktowany skład musi wyglądać jak po przejściu tornada.

Przesiadając się kilka razy z jednego pociągu do drugiego, docieramy wieczorem do Wołowca. To miasteczko, które jest doskonałą bazą wypadową w zachodnią część Borżawy. Nasz skromny plan zakładał dojście w okolice Wielkiego Wierchu i założenie tam bazy, gdzieś przy granicy lasu i połoniny, skąd mieliśmy robić wypady na lekko, dokonując możliwe najciekawszych zjazdów w okolicy.

Póki co, jesteśmy kilkaset metrów niżej od pierwszego śniegu nadającego się do jazdy, robi się ciemno i trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Wchodzimy w jedną z bocznych dolinek i brniemy nieco na oślep w górę, drogą tak błotnistą, że niektórzy klną na czym świat stoi, zapadając się przy tym ponad kostki w czarnej mazi. Najbardziej narzekał Kuba, który - jak powiedział - nie ma w zwyczaju szwendać się w nocy po górach, bo on wtedy imprezuje albo śpi! Cóż, jak trzeba, to trzeba… Po kilkunastu minutach odnajdujemy kawałek płaskiej powierzchni, gdzie zakładamy biwak.

 Ranek wita nas gęsto padającym śniegiem. Z jednej strony fajnie będzie pośmigać w świeżym puchu z drugiej zaś wzrośnie zagrożenie lawinowe… Cały kolejny dzień poświęciliśmy na dotarcie do docelowej bazy, skąd na lekko mieliśmy wyprawiać się w poszukiwaniu zjazdów marzeń. Pogoda im bliżej wieczora, tym robiła się lepsza. Chmury podniosły się i ukazał się przed nami potężny boczny grzbiet Borżawy z całym swoim zjazdowym potencjałem. Płaskie światło podkreślało jeszcze bardziej finezyjne kształty stoków. Wszystkie granie, grzbiety, małe i duże żleby wydawały się być na wyciagnięcie ręki. Każdy z nas w myślach kreślił linie zjazdu, jakie mieliśmy „robić” w kolejnych dniach eskapady.

 Kwestia wyboru miejsca na nocleg pozostawała otwarta. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć takie, które umożliwi nam szybkie wyjścia na zjazdy, będzie zaciszne i z dostępem do drewna. Skraj lasu i połoniny będzie idealny. Kiedy późna pora nakazywała dokonać ostatecznego wyboru, zobaczyliśmy na jednym z bocznych, połonninych grzbietów, tuż przy lesie, pasterską chatę. Wiedzieliśmy, że to będzie nasz „dom” na najbliższe kilka dni.

Standard chaty nie powalał na kolana, mówiąc oględnie, ale ściany były dość szczelne i mieliśmy dach nad głową. Palenisko okazało się być bezużyteczne w wietrznych warunkach, bo dym niemal w całości był wtłaczany do środka chaty, powodując u nas objawy zaczadzenia. Zorganizowaliśmy sobie wspólne posłanie na obszernym „łożu”, gdzie musieliśmy się zmieścić całą naszą piątką. Część sypialną oddzieliliśmy od reszty przestrzeni, tworząc baldachim z namiotu i płachty biwakowej, co dawało poczucie przytulności, a może było nam nawet przez to cieplej.

Nie napisałem jeszcze najważniejszego. Do górskiej chaty przyszedł razem z nami pies, który za żadne skarby nie chciał się odczepić od naszej ekipy. Nie pomagały ani groźby, ani prośby. Poważną zachętą do tego, żeby się za nami włóczyć po górach musiał być wielki pirożek z mięsem, który zostawiłem na zewnątrz w menażce, uciekając przed deszczem do namiotu, a który skonsumował zapewne Pin, bo tak nazwaliśmy sympatycznego kundla. Wiedzieliśmy, że teraz już na pewno nie zawróci do oddalonego o dzień drogi Wołowca, więc trzeba było go żywić. Jak bardzo Pin nam się przysłuży podczas tej wyprawy dowiemy się później.

 Kolejny dzień miał być dniem jazdy. Zaplanowaliśmy dwie linie, jedna do pokonania przed obiadem, druga po. Bazę wypadową na takie kilkugodzinne, a nawet krótsze freeridowe wyjścia mieliśmy wspaniałą. Spod chaty można był zaplanować kilkanaście cudownych przejazdów. Wystarczyło dotrzeć do ich początku i bawić się przy ich pokonywaniu. Opady, które nawiedzały okolice przez kilkanaście ostatnich godzin spowodowały, że warunki były bardziej zimowe niż wiosenne. Nie chcieliśmy kusić losu, zjeżdżając wypełnionymi nawianym śniegiem wąwozami. Wybraliśmy lekko wypukły stok, który niżej porastały pojedyncze świerki, co pozwalało mieć nadzieję, że nie często schodzą tam lawiny. Droga z chaty zajęła mam jakieś dwie, trzy godziny, mogła być krótsza, ale zaliczyliśmy jeden wycof z niebezpiecznie wyglądającego trawersu.

Zjazd zaczęliśmy ostrożnie. Pierwsze skręty mają posłużyć rozpoznaniu warunków. A te okazały się świetne. Twardy podkład przykrywało kilkanaście i więcej centymetrów świeżego puchu. Stromizna była konkretna, ale nie aż taka, żeby obawiać się niekontrolowanego lotu podczas upadku. Można było popuścić wodze fantazji, kreślić łuki o olbrzymim promieniu i wykorzystywać nierówności terenu do dobrej zabawy. Niżej trzeba było wzmóc czujność, bo pod miękkim śniegiem kryły się rynny i bryły zsuniętego wcześniej śniegu. Zatrzymujemy się wszyscy tuż przy wjeździe do lasu. Banan nie schodzi mi z twarzy – było super. Widzę jak każdemu aż się świecą oczy z radości. Tak! Dla tych unikalnych chwil warto się męczyć nawet kilka dni. Wszyscy oprócz mnie – narciarza, to snowboardziści, mogą więc wymieniać uwagi na temat techniki i tego jak deska zachowuje się w zastanym śniegu. Tu na szczęście nie kończy się nasz zjazd, jeszcze jest kawałek bardzo przyjemnego lasu do przejechania. Buki, które go tworzą, są stare, więc ich grube pnie są stosunkowo daleko od siebie oddalone. Jak to zwykle w lesie bywa - śnieg jest bardzo dobrego gatunku. Nieco może już zsiadły i jakby mięsisty, ale łuki kreśli się w nim wspaniale.

Lasem zjeżdżamy do głębokiego wąwozu. Po półgodzinnym podejściu z jego czeluści wita nas w chacie Henryk. On jako jedyny nie wychodzi z nami na freeridowe ambitniejsze zjazdy. Póki co szlifuje technikę na łatwiejszym stoku nieopodal chaty.

Popołudniowy zjazd zaplanowaliśmy z mniejszą skrupulatnością. Chcieliśmy po prostu zjechać z górującego nad naszą chatą Wielkiego Wierchu. Udało się to tylko w części, bo goniąca od zachodu śnieżyca zmusiła nas do wcześniejszego odwrotu. Byliśmy o tyle w komfortowej sytuacji, że zjechaliśmy prosto pod drzwi naszego szałasu.

 Długo zastanawialiśmy się nad zjazdem na kolejny dzień. Linia, która wydawała się najbardziej spektakularną w całej okolicy biegła ogromnym, wklęsłym stokiem. Tymczasem nocny porywisty wiatr zmienił drastycznie warunki śniegowe i wzrosło zagrożenie lawinowe. W takich miejscach były zapewne zbite deski śnieżne, którym niewiele było potrzeba, żeby ruszyć z impetem w dół. Wszyscy zgodnie, choć nie bez żalu odpuściliśmy ten zjazd. Udało się jednak znaleźć godną alternatywę, zjazd może nie tak długi, ale bardziej urozmaicony i bezpieczniejszy w naszej ocenie. To tyle planów, które… niestety pozostały planami. Nawałnica śnieżna, która dorwała nas na grani nie pozwoliła nawet na zbliżenie się do upatrzonego zjazdu.

Chcieliśmy ją przeczekać w prowizorycznie wykopanym schronieniu. Osłoniliśmy się od wiatru w wykopanym dole oraz za murami ze śnieżnych brył. Po godzinie zaczęliśmy się niebezpiecznie wychładzać, łącznie z naszym psem Pinem, który towarzyszył nam przy wszystkich freeridowych wyjściach. Tak się składało, że byliśmy akurat w miejscu, gdzie zaczynał się nasz wczorajszy zjazd. Próba pokonania go po raz drugi w tych warunkach okazała się być jednak złym pomysłem. Śnieg po nocnej wichurze przybrał tu postać zbitej deski śnieżnej, która była bardzo skora do zsunięcia się razem z nami. Podjęliśmy decyzję o odwrocie „po śladach” i bezpiecznym zjeździe ramieniem Wielkiego Wierchu. Nawet to okazało się zadaniem bardzo trudnym. Mgła razem z padającym śniegiem ograniczały widoczność do zera. Mogłem jedynie dostrzec strukturę śniegu tuż pod swoimi stopami. Wszystko inne było tylko bielą. W pewnym momencie idący przed nami Pin zapadł się dosłownie pod ziemię! Paniczne poszukiwania wzrokiem jego czarnej sylwetki wyjaśniły anomalie. Pies spadł z trzymetrowego nawisu na niezwykle lawiniasty stok. Gdyby nie on, taki los czekałby tego, kto szedłby akurat pierwszy. Zorientowaliśmy się w tej chwili, że przegapiliśmy zejście na bezpieczny trawers. Nie mogliśmy ryzykować próby wydostania Pina, bo byłoby to szalenie niebezpieczne. Żegnając się z nim w myślach i dziękując mu jednocześnie, skierowaliśmy się na nasz trawers.

Po pół godzinie humory znacznie nam się poprawiły. Byliśmy już w bezpiecznym terenie, a Pin biegł trawersem w naszym kierunku! Byliśmy pełni podziwu, że udało mu się znaleźć wyjście spod feralnego nawisu. Sam zjazd do chatki nie był nawet najgorszy, choć pewnie nie taki ciekawy, jaki sobie zaplanowaliśmy. Mimo wszystko nikt nie żałował decyzji, wjechanie na lawiniasty stok przy braku widoczności byłoby czystą głupotą.

O prztyczku w nos jaki dostaliśmy od gór przed południem szybko zapomnieliśmy, bo aura zamieniła się nie do poznania. Na dodatek bezpieczne stoki nieopodal chaty pokryły się kilkudziesięciocentymetrową warstwą puchu najlepszego gatunku. Gdy patrzyliśmy na to, wstąpiły w nas całkiem nowe i niespożyte siły. Odnaleźliśmy przyjemny nawis kilkaset metrów od chaty, gdzie zrobiliśmy po kilka skoków każdy. Później była zabawa na przygotowanej przez Maćka tuż przy chacie hopce. Na koniec dnia wybraliśmy się jeszcze na jeden kilkusetmetrowy zjazd w obłędnym wręcz puchu.

To było doskonałe przypieczętowanie udanego wypadu. Nazajutrz czekała nas już tylko wyczerpująca wędrówka do Wołowca. Jako, że dobry śnieg utrzymywał się dopiero od wysokości 900-1000 m n.p.m., niewiele mogliśmy nadgonić zjeżdżając. Nieco obawialiśmy się, tego że Pin będzie usiłował pojechać z nami, ale jak się okazało, jego podejście było bardzo profesjonalne. Wiedział, że w Wołowcu każdy pójdzie w swoją stronę. My do domu, a on poczeka na kolejnych dobrodziei z plecakami. Znalazł po prostu taki sposób na życie.

Łącznie na wyjeździe byliśmy sześć dni, z czego tylko dwa intensywnie jeździliśmy po górach. Taszczenie ciężkiego sprzętu freeridowego może więc wydawać się mało racjonalne. Jednak komuś, kto doznał euforii dzikich zjazdów, nawet nie przyjdzie to do głowy.

 
Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz