login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Ludzie i góry

W szkocką kratkę – Cairngorms

Piotr Reguła

Miasto Stirling przyciąga miłośników Williama Wallace’a; zarówno Szkotów, dla których jest on bohaterem narodowym, jak i tych, którzy znają jego postać jedynie z filmu „Braveheart”. Dla nas jednak jest ono tylko przypadkowym punktem przesiadkowym. Nazbyt spieszno nam w góry, abyśmy planowali zwiedzanie czegokolwiek po drodze, więc w Stirling zatrzymujemy się jedynie dlatego, że tutaj dowiózł nas pierwszy złapany samochód. Autostopem chcemy dojechać do Fort Williams i wyruszyć na Ben Nevis (1344 m n.p.m.), najwyższy szczyt Szkocji, a zarazem i Wysp Brytyjskich. Jednak kaprys losu weryfikuje nasz zamiar.


Kiedy kręcimy się wokół punktu informacji turystycznej podchodzi do nas kierowca jednego ze stojących na parkingu aut i proponuje podwiezienie do Pitlochry. W pierwszej chwili wydaje nam się, że to nie jest nasz kierunek, więc dziękujemy i odmawiamy. Ale po chwili dociera do nas, że przecież możemy zmienić plany. Na szczęście uprzejmy Szkot i jego kolega nie skończyli jeszcze posiłku, więc pytamy, czy mogą na nas chwilę poczekać, szybko dokupujemy niezbędne mapy i wkrótce jedziemy w stronę Cairngorm Mountains. Pierwotnie chcieliśmy w nich kończyć nasze szkockie wakacje, ale równie dobrze tam możemy je rozpocząć.

Z naszymi przygodnymi znajomymi dojeżdżamy do Blair Atholl, kilka mil za Pitlochry, gdzie jeden z nich mieszka. Stąd nie musimy już nigdzie jechać. Składamy krótką, kurtuazyjną wizytę w domu Dereka, po czym, odprowadzani przez niego, wyruszamy w góry.

 Idąc w głąb doliny Glen Tilt z niepokojem oczekujemy na pierwsze spotkanie z osławionymi midges, meszkami, które potrafią być prawdziwą zmorą szkockich gór. Mamy nadzieję, że spotkanie z ich gryzącymi chmurami nastąpi jak najpóźniej, a najlepiej wcale. Na pierwszym noclegu, na miękkiej łące na brzegu rzeki, z zadowoleniem stwierdzamy, że prawie nam one nie dokuczają. Ale nie wiemy jeszcze, że pobyt w pięknych, szkockich górach będą nam uprzykrzali również inni krwiopijcy - dopiero rankiem odkrywamy kleszcze żerujące na naszych ciałach. Prawdopodobnie nawet nie są to dojrzałe pajęczaki, lecz nimfy, ich wcześniejsze stadium rozwojowe. To zła wiadomość, bo są one bardziej ruchliwe i aktywne, a zatem i bardziej napastliwe od dorosłych osobników. I, niestety, z racji jaśniejszego zabarwienia i mniejszych rozmiarów, trudniejsze do znalezienia i usunięcia.

Midges dopadają nas już następnego wieczora. Uciążliwe insekty nic sobie nie robią z kilku rodzajów repelentów, wręcz odnosimy wrażenie, że szczególnie je przyciągają części ciała pokryte rzekomo odstraszającym preparatem. Żałujemy, że nie zaopatrzyliśmy się w moskitiery. Nadrobimy to niedopatrzenie dopiero po kilku dniach, przemieszczając się w inną cześć Szkocji. Ale nawet moskitiery nie na wiele by się zdały podczas kąpieli w strumieniu, wtedy pomaga jedynie szybkość dokonywanych ablucji. I dziewczęta dokonują wyczynów niewiarygodnych; udowadniają, że potrafią dokonać kompletnej i dość dokładnej toalety w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund. Wynik rekordowy i absolutnie nie do pobicia w domowych warunkach. Jak również jednorazowy – później, nauczeni doświadczeniem, staramy się nie opuszczać nocnych schronień w czasie największej aktywności meszek, czyli mniej więcej między 18.00 a 9.00.

 W najwyższą część Cairngorms docieramy dwie doby po opuszczeniu Blair Atholl. W dolinie Lairig Ghru z daleka naszą uwagę przyciąga niewielki domek. Trafiamy tym sposobem do Corrour Bothy. Jest to jeden z wielu ogólnodostępnych, bezobsługowych bothies, czyli schronów, rozsianych po górskich rejonach Szkocji, Walii i północnej Anglii. Przez najbliższe dni posłuży nam on jako baza do wędrówek po okolicy.

Nazajutrz po zagoszczeniu w Corrour Bothy wyruszamy na wznoszący się bezpośrednio nad nim nasz pierwszy Munro. Nazwa ta pochodzi od nazwiska Sir Hugh Munro, który w 1891 stworzył listę wszystkich szkockich szczytów przekraczających wysokość 3000 stóp czyli 914,4 m n.p.m. Początkowo lista zawierała 538 pozycji z czego 283 zostało uznanych za „samodzielne” góry, do których przylgnęło miano Munro. Po uściśleniu kryteriów z pierwotnej ich liczby usunięto kilka sztuk, dodając w zamian parę innych i od 1997 roku za Munro uznaje się 284 wierzchołki. Zdobywanie kolejnych z nich jest dość popularną wśród Szkotów formą górskiej aktywności. Do tej pory zdobycie wszystkich Munro (i uzyskanie tym samym tytułu Munroist) zostało zgłoszone i zarejestrowane w Scottish Mountaineering Club przez ponad 4000 osób.

Choć my nie zamierzaliśmy kompletować „korony” szkockich „trzytysięczników”, to jednak wejście na pierwszy z nich, The Devil’s Point, (1004 m n.p.m.), dzięki powyższemu nabiera dla nas dodatkowego smaczku. Na tej samej grani, z jednej strony łagodnej, z drugiej przepaścistej, wchodzimy jeszcze na Cairn Toul (1291 m n.p.m.), Sgor an Lochain Uaine (1258 m n.p.m.) oraz Braeriach (1296 m n.p.m.) - i dzień kończymy z czterema Munro na koncie.

Rankiem podrywa nas łoskot helikoptera, który właśnie przytransportował materiały mające służyć remontowi schronu. Pomagamy je przenieść do wnętrza, a potem wyruszamy na drugi co do wysokości szczyt Wysp Brytyjskich, Ben MacDui (1309 m n.p.m.). Długie i strome podejście z dna doliny wyprowadza nas na rozległą, zasłaną kamieniami wierzchowinę. Już bez większego wysiłku przemierzamy tę kamienistą pustynię, szybko docierając do kopca wieńczącego jej kulminację. Dotarliśmy tu szybciej, niż się spodziewaliśmy, więc korzystając z młodej godziny postanawiamy pójść jeszcze na widoczny w oddali Cairn Gorm (1245 m n.p.m.).

O ile dotychczas przemierzaliśmy bezludny teren, to teraz robi się dość tłoczno. Nic dziwnego, skoro przy niezłej pogodzie schodzimy z drugiej góry Szkocji w kierunku nie nazbyt odległego, najbliższego parkingu. Wkrótce jednak drogi nasze i innych zdobywców się rozchodzą, znów mamy góry tylko dla siebie.

Z Cairn Gorm po własnych śladach wracamy na Ben MacDui. Od czasu naszej poprzedniej tu wizyty utworzyły się burzowe chmury, które niepokoją nas krążąc wokół. Nie odpowiada nam perspektywa błądzenia po plateau wśród huku piorunów i w ograniczającym widoczność deszczu. Na szczęście burze mijają nas bokiem. Widocznie nadal trwa nasza dobra passa. Szkoci, z którymi wcześniej rozmawialiśmy, wspominali, że to lato jest wyjątkowo pogodne, ale raczej spodziewali się bliskiego już i trwałego pogorszenia. Jednak wyspiarska aura, zazwyczaj kapryśna, wciąż nam sprzyjała. Korzystamy więc z jej ciągłej przychylności i do bothy idziemy trochę naokoło, aby zajrzeć w jeszcze jeden górski zakątek.

 Spędzamy w Corrour ostatnią noc, po czym zagłębiamy się w kolejne doliny. Na zbiegu Glen Luibeg i Glen Derry podziwiamy nader malownicze sosny i skrawek sosnowego boru. Jak się później dowiadujemy, jest to jedna z pozostałości po Lesie Kaledońskim, prastarej puszczy porastającej niegdyś te tereny, która w ciągu wieków została w większości wykarczowana lub spalona. Nie umiem się odnieść całościowo do rachunku przyrodniczego wynikającego z tego wielkiego wylesienia, ale przypuszczam, że dzięki rozleglejszym widokom zyskał przynajmniej górski krajobraz. Podobnie, jak dzięki polanom i połoninom miało to miejsce w naszych Gorcach i Bieszczadach, aczkolwiek na znacznie większą skalę. Obecnie prowadzone są nieduże zalesiania, które jednak utrudnia nadmiernie rozrośnięta populacja jeleni, jeden z przykładów świadczących o zachwianej równowadze ekologicznej tego terenu. Dla ochrony przed ich apetytem wszystkie młodniki są dokładnie ogradzane.

Wczesnym popołudniem zatrzymujemy się w Hutchison Memorial Hut. Wprawdzie przed nalotem meszek moglibyśmy jeszcze pokonać kawałek drogi, ale mając do dyspozycji kolejne bothy, decydujemy się skorzystać z tego ułatwienia. Na jednej ze ścian odnajdujemy coś w rodzaju regulaminu Cairngorms National Park, na obszarze którego się znajdujemy. O tym, że nie ma tu żadnego zakazu rozbijania namiotów, wiedzieliśmy już wcześniej. Teraz jednak z pewnym zaskoczeniem konstatujemy, że turyści są wręcz zachęcani do biwakowania, jako jednego z lepszych sposobów na kontakt człowieka z naturą. Uprasza się jedynie o spędzanie każdej nocy w innym miejscu, a także o zbieranie śmieci i niepalenie ognisk w okresie największego zagrożenia pożarowego oraz jego maksymalne ograniczanie w pozostałej części roku, tudzież dokładne maskowanie śladów po palenisku. Nieprawdopodobne!

Rankiem dość szybko docieramy do Loch Etchachan. Pamiętając wizytę sprzed kilku dni nad Loch Tilt, które okazało się być zabagnionym bajorem, mile jesteśmy zaskoczeni urodą tego jeziora. Chyba nawet trochę ubolewamy, że daliśmy się zwieść wygodzie schronu i nie zabiwakowaliśmy w tym miejscu.

Poza przejrzystością wody i otwartym, trochę trawiastym, a trochę żwirowym i kamienistym brzegiem, o pięknie Loch Etchachan stanowi jego usytuowanie. Rozlało się ono w miejscu, którego status nie bardzo umiem określić. Górna partia jednej doliny, dolinka wisząca nad inną doliną, przełęcz zwornikowa dla kilku grani – wszystko zdaje się pasować. A do tego jeszcze skalny mur Carn Etchachan piętrzący się nad jeziorem oraz widok na zbocza Ben MacDui. Całość tworzy bardzo malownicze ustronie, które trudno nam opuścić.

Pociesza nas Loch Avon, do którego docieramy po półgodzinnym, stromym zejściu. Choć nie leży ono w aż tak spektakularnym otoczeniu, jak Loch Etchachan, to i jemu nie brakuje uroku. Wody Loch Avon wypełniają dno doliny, więc wędrując w jej dół, przez dłuższy czas idziemy brzegiem tego długiego jeziora. Nie dochodząc do jego końca, wcześniej skręcamy w kierunku przełęczy o niezbyt wyszukanej nazwie The Saddle (807 m n.p.m.).

Przez kilka następnych godzin schodzimy w dół Strath Nethy. Brodząc w wysokich, miejscami sięgających nam niemal do pasa wrzosach, które właśnie zaczynają zakwitać, żałujemy troszkę, że nie idziemy tędy jakieś dwa tygodnie później. Teraz zieleń pokrywa zaledwie nieśmiała, fiołkowa mgiełka; zapowiedź różowo-fioletowego ognia, którym wkrótce zapłonie dolina.

 W Strath Nethy żegnamy się z Cairngorms. Już tylko w Ryvoan Bothy spędzimy ostatnia noc. Noc poprzedzoną długimi, wieczornymi rozmowami o wszystkim i o niczym z napotkanym tam nauczycielem, który towarzyską pogawędkę poprowadzi tak, jakby to była konwersacyjna lekcja języka angielskiego – kolejno wywołując nas do odpowiedzi. Ot, takie belferskie skrzywienie. A potem przez las Abernethy zejdziemy do Nethy Bridge, skąd już pojedziemy w kolejne szkockie góry.  

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Podróż

Obecnie chyba najlepszą opcją jest podróż samolotem. Bezpośrednio z Polski można dolecieć do Glasgow lub Edynburga. Dalej możemy podróżować lokalną komunikacją lub autostopem (który w Szkocji, w odczuciu autora, jest bardzo efektywny). Autostopowiczów nie mogą zabierać kierowcy samochodów służbowych. W komunikacji miejskiej planowanie już trzech przejazdów powinno uzasadnić ekonomicznie zakup biletu dziennego: w Edynburgu bilet jednokrotny kosztuje 1 GBP, bilet dzienny 2,5 GBP.

Formalności wjazdowe

Wielka Brytania nie podpisała układu z Schengen, więc wciąż przy wjeździe należy okazywać ważny paszport lub dowód osobisty.

Waluta

Wielka Brytania nie przystąpiła do unii monetarnej, więc funt brytyjski (GBP) nie został zastąpiony przez euro (EUR) i nadal jest obowiązująca walutą. Na terenie Szkocji w obiegu występują banknoty wyemitowane przez Bank of Scottland, pełnoprawny środek płatniczy na terenie całego Zjednoczonego Królestwa, jednak w Polsce mogą wystąpić problemy z ich wymianą na złotówki lub wymiana ta będzie możliwa po niekorzystnym kursie. Dlatego warto się zatroszczyć, aby gotówka, która nam ewentualnie zostanie, była wyemitowana przez Bank of England.

Zaopatrzenie

W samolocie nie można przewozić kartuszy gazowych, Dlatego trzeba kupić je już na miejscu. Kartusze z zaworem gwintowym kosztują ok. 2,5 GBP/100 g, 3 GBP/ 250 g, 5 GBP/500 g. W sklepie turystycznym warto zaopatrzyć się w moskitierę, przynajmniej na głowę. Lepiej to zrobić już na miejscu, ponieważ meszki w Polsce są znacznie mniejszym problemem niż w Szkocji i może się okazać, że polska moskitiera zatrzymuje tylko znacznie większe od meszek komary.

Mapy

Ordnance Survey, Landranger Map, 1 : 50 000, arkusz 36 Grantown & Aviemore oraz arkusz 43 Breamar & Blair Atholl, ok. 6,50 GBP/szt. 

Przydatne linki

www.lothianbuses.com/index.php

www.ordnancesurvey.co.uk/oswebsite/

www.munromagic.com/

www.mwis.org.uk/

www.cairngorms.co.uk/

www.msz.gov.pl/Opisy,Krajow,1807.html

www.outdooraccess-scotland.com/upload/Full%20Access%20Code.pdf

   

Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz