login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Ludzie i góry

Pierwsze TREKowisko

Piotr Reguła

Zimowym biwakiem pod Pilskiem w dniach 7-9 marca 2008 r. zainaugurowaliśmy działalność praktyczną portalu, czyli cykl wyjazdów opartych na szkoleniach i aktywnym wypoczynku. Uczestników pierwszego TREKowiska ściągnął zew gór (i chęć przeżycia w nich czegoś nowego) z całej Polski - i to dokładnie według prawidła, że z im bardziej odległego miasta, tym chętniej przyjechali.


Nocny początek

Początek był mocny. Plecaki z całym ekwipunkiem biwakowym oraz sprzętem do turystyki zimowej musiały wylądować na opornych i przywykłych raczej do siedzenia przed komputerem niż do dźwigania plecach. Poza tym trwała noc. Teren był nieznany i obcy, rozświetlony blaskiem czołówki tylko na tyle, by móc postawić kolejny krok. Na dodatek leśna droga najpierw robiła się coraz bardziej nierówna, potem w ogóle stała się nierówną warstwą błota, ruchomych kamieni i zamarzniętych strug wody, by wreszcie zwęzić się do ścieżki – i w końcu zniknąć w śniegu. W najprawdziwszym śniegu! Odtąd, dla tego błyskającego latarkami węża objuczonych postaci, był to już tylko założony przez prowadzącego ślad. A przecież na dole w punkcie zbornym nic nie wskazywało, że nawet w najdalszej okolicy może być jeszcze zima, wręcz przeciwnie: w dzień było słonecznie i niemal upalnie; w tej wiosennej atmosferze z naszym bagażem wyglądaliśmy i czuliśmy się nadzwyczaj ciężko. Teraz już spokojnie można było zrobić użytek z niesionego sprzętu i założyć rakiety śnieżne.

Co pewien czas skrytą nocnym mrokiem biel przecinał ślad nart – jedyny znak, że kilka godzin temu w odwrotnym kierunku tę drogę przemierzał Grzesiek – i że gdzieś tam u góry, na końcu trasy, czeka schronienie w ciepłej bacówce. To znaczy teraz już, miejmy nadzieję, ciepłej! A w momencie dotarcia tam „ekipy gospodarczej” wewnątrz panował kilkustopniowy mróz; mimo że temperatura na otwartej przestrzeni pod słonecznymi promieniami w najlepsze topiła śnieg, dodawała rumieńców – i na tyle inwazyjnie penetrowała powierzchnię plecaka, że wszędzie w okolicy unosił się z wypchanej kieszeni czosnkowy zapach wędzonej wiejskiej kiełbasy... 

Zimowe warunki były z jednej strony rzeczą trudną do pojęcia i uwierzenia, chociaż przecież tak namacalną – a z drugiej: były konieczne i bezdyskusyjne; wszak podtytuł wyprawy brzmiał „biwak zimowy”!

Uczestnicy doszli do celu nocnej wyprawy. Chałupa faktycznie była, nawet w miarę ciepła – zwłaszcza gdy już weszli do niej wszyscy wędrowcy. Początkowo przywitała ich gorąca herbata - a potem już uzupełniano nadszarpnięty bilans energetyczny według własnych inwencji i potrzeb. Później jeszcze tylko spacer przetartą na szerokość stopy ścieżynką do ukrytej na skraju lasu latryny – i można położyć się w śpiworze. Na zewnątrz rozgwieżdżone niebo i nocny mróz zapowiadały pogodny dzień - dzień następnych zmagań!

Jak sobie wykopiesz, tak się wyśpisz....

Zgodnie z zamówioną pogodą, rankiem powitało nas słońce, budząc dodatkowy zapał do szybkiego zakończenia śniadania i ruszenia w dalszą trasę. I sznurek ludzi dzielnie niosących swój turystyczny dobytek znów pomaszerował w górę. Tym razem wędrówka była tylko epizodem, o którym – wobec bogatego programu dnia - mieliśmy bardzo szybko zapomnieć.  

Nadszedł czas zakładania obozowiska, co najpierw wiązało się z wykopaniem platform pod namioty. W wybranym miejscu wrażenia były niemal jak na lodowcu: tak gorąco, że w zupełności wystarczała pojedyncza koszulka, za to pod nogami (pod łopatą?) prawie 2 metry śniegu. A wszystko w pełnym słońcu i pod błękitnym niebem! Nasza wytężona praca uwieńczona została pięknym efektem: powstał regularny wianuszek namiotów i centralny plac wewnątrz tego osiedla. Chciałoby się powiedzieć: lata praktyki! To założenie architektoniczne doczekało się nawet wzmocnionego przyporami muru od strony hali. Pozostałe strony obozowiska w naturalny sposób chronił las. Namioty były tak wkopane w śnieg, że niemal nie było ich widać, jedynie pomarańczowa płachta biwakowa Wojtka przyciągała wzrok w głębi swego wykopu. Tak przygotowany obóz miał szansę oprzeć się wszelkim kataklizmom pogodowym, ale na szczęście aura przez cały czas była dla nas łaskawa i nawet w nocy nie zabłąkał się tu żaden najlżejszy podmuch wiatru.

W obrębie obozu, w poszczególnych „gospodarstwach namiotowych” powstały wymyślne śnieżne kuchnie, maskownice do worków na odpadki, podesty pod oświetlenie nocne – słowem wszystko, co tylko pomysłowość biwakowiczom podyktowała. Śnieg świetnie „współpracował” z każdą inwencją twórczą, a był w naprawdę nieprzebranych ilościach i we właściwej konsystencji. Powstałe w ferworze pracy półtorametrowe przekroje pozwoliły oglądnąć ułożenie kolejnych warstw białej materii. Nasze zmagania wytrwale uwieczniali Agnieszka (z kamerą) i Piotrek (z aparatem).       

W końcu trzeba było zjeść zasłużony obiad. Oczywiście był on przygotowywany w naszych kuchniach pod przysłowiową chmurką. Uczestnicy mieli okazję ugotować posiłek z użyciem słynnego udoskonalonego sprzętu naszego etatowego Inżyniera, z turbomenażką oraz osłonami termoizolacyjnymi, tak chętnie zamawianymi przez czołówkę polskich himalaistów do gotowania w obozach szturmowych.

Szkolenie czyni mistrza 

 Wzmocnieni posiłkiem udaliśmy się na szkolenia praktyczne: tajniki map, kompasów i GPS-ów odsłaniał Wojtek, natomiast przyjemności płynące z właściwego użycia raków i czekanów przedstawiał Grzesiek. A robił to z takim zapałem, że pokaz zakończył w podziurawionym goreteksie! Uczestnicy natomiast wykazali się podczas ćwiczeń znacznym opanowaniem – i dzięki temu dalszych strat w ludziach i materii nie odnotowano. 

A nawet gdyby – to następne było szkolenie medyczne! Janusz oczywiście postawił na prewencję i uświadomienie niebezpieczeństw wynikających z górskiej działalności zimą.   Zaprezentował również wyposażenie mądrej apteczki – czyli takiej, której zawartością jej właściciel będzie umiał się posłużyć. No i generalna zasada forująca zdroworozsądkowe myślenie: lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Do przerwania ciekawej dyskusji o meandrach udzielania pierwszej pomocy zmusił nas chłód w zastanych kończynach – i nie znoszące sprzeciwu sugestie pozostałych instruktorów, że biwak awaryjny czas założyć. Tymże sugestiom towarzyszyło aluzyjne potrząsanie łopatami, więc trudno było się oprzeć... Przeszliśmy na predysponowany do walki o przetrwanie teren na śródleśnej polance. Miąższość testowanego sondami lawinowymi śniegu dawała szansę na stworzenie nawet i wielopoziomowego systemu jam. Odtąd teoria przeplatała się z praktyką.

 Przy zakładaniu obozu głównego wszyscy świetnie się bawili – i  ani wiatr, ani zimno, ani też zapadający zmrok nie zmuszały do pośpiechu. Natomiast gdy nadszedł czas na szkolenie z zakładania biwaku awaryjnego – nadal wszyscy bawili się świetnie, ale oprócz instruktorów szkoliła także pogoda. Z chwili na chwilę przyszła gęsta bura mgła, ochłodziło się, trudno było dostrzec najbliższe drzewa i rozpoznać otoczenie, do którego już przecież zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czyli: warunki wprost idealne i wymarzone, aby nauka została skutecznie przyswojona! Obstawieni termosami z herbatą zmienialiśmy się przy kopaniu jam śnieżnych, przysłuchując się opowieściom „jak to robi armia szwajcarska”. No i morał z tego taki, że najlepiej uczestniczyć jedynie w „planowanych biwakach awaryjnych”, będąc wyposażonym w odpowiedni sprzęt (łopaty!), a tym nieplanowanym zapobiegać! Albo pracować nad awaryjnym schronieniem bez ustanku do rana (co przy braku sprzętu do kopania jest dość prawdopodobne, a daje szansę na powitanie świtu bez odmrożeń). Na koniec wszyscy uzupełnili w swoich telefonach komórkowych listę kontaktów o numery alarmowe do TOPR i GOPR (numery ratunkowe w górach: 601 100 300 oraz 985).

Nawet i bez biwakowania w tych wykopanych jamach śnieżnych byliśmy już na tyle zmęczeni, że kolację postanowiliśmy zjeść w schronisku. Mgła nadal nie ustępowała, zamieniając każdą znaną pogodną okolicę w teren walki o życie. Dla nas na szczęście oznaczało to jedynie walkę o... jak najszybsze dojście do nieodległego schroniska!

Fajerwerki i rekreacje

Obstawieni ciepłym jedzeniem i piciem czas do następnych szkoleń mogliśmy wypełnić sobie rozmowami. Wielki wspólny stół, przy którym siedzieliśmy, nie dawał szans na jeden tylko temat, więc wokół niego było nieco o sprzęcie, nieco wspomnień dawnych wyjazdów, no i – jakże by inaczej! – pomysły, gdzie by się tu wybrać następnym razem.

A póki co, trzeba było się wybrać na kolejne szkolenia: z zasad bezpiecznego poruszania się i wzywania pomocy w górach. W nadal nieziemsko zamglonej scenerii sygnalizacja kolorowymi racami, będąca elementem szkolenia, dostarczyła nie tylko pouczających treści, ale i ciekawych wrażeń estetycznych.

 I to nadal nie był jeszcze koniec dnia. Ostatnim punktem górskiego programu była prelekcja Piotra Pustelnika, himalaisty i redaktora naczelnego portalu TREKandMORE. Oglądnęliśmy dwie prezentacje: „Góry i partnerzy”  - czyli ciepłą i pełną humoru opowieść o drodze do gór i o ludziach bliskich podczas tych wszystkich wypraw – oraz „Tryptyk himalajski” – relację z projektu zdobycia trzech ośmiotysięczników przez trzech Piotrów. Naprawdę rzadko kiedy można usłyszeć tak wiele o przyjaźni – i to jeszcze tak naturalnie i ciekawie! Moglibyśmy przez całą noc słuchać zajmujących opowieści, ale niestety tę noc... musieliśmy przecież zdążyć przespać w śniegu!

Ostatnią lekcją praktyczną przed zaśnięciem w naszym „zimowym miasteczku” był sam powrót ze schroniska. Dał on możliwość przećwiczenia wewnątrzgrupowej odpowiedzialności za siebie nawzajem, nabrania pewności, że zawsze trzeba mieć ze sobą sprawną czołówkę czy też, że w trudnym terenie (a w pewnych okolicznościach pogody trudnym terenem może okazać się nawet kilkaset metrów znanego przetartego szlaku) nie można rozdzielać się, trzeba dostosowywać tempo do najwolniej idącego uczestnika wycieczki i zdać się na prowadzenie jednej osoby, a także warto umieć wracać po własnych śladach - takie górskie abecadło na dobranoc. Gdy są trudne warunki, przestrzegamy go intuicyjnie; wtedy czujemy, że w tym jest nasze siła i powodzenie. A najbardziej zdradliwe są pozornie łatwe sytuacje, takie, których zagrożenia po prostu w danej chwili nie dostrzegamy. 

Po długim dniu górskiej szkoły czekał nas jeszcze piękny nocleg. Nietypowy, a dla niektórych uczestników nawet pierwszy w życiu w śniegu. No a spało nam się świetnie i ciepło – może tylko za krótko, ale tak to na szczęście w górach jest, że nie ma tam czasu na zbytnie lenistwo. I tak byliśmy w dobrej sytuacji – Kuba, dowożący wyposażenie do ostatniego szkolenia w programie TREKowiska, musiał wstać już o 4 rano.

Szybko nastał więc czas pierwszych porannych herbat i  śniadania. Pogoda z chwili na chwilę robiła się coraz lepsza, a podczas zwijania obozu niebo optymistycznie i definitywnie przecierało się z chmur.

Z lawiniska powrót z tarczą 

Już sam wstęp do szkolenia lawinowego wywiązał atmosferę grupowej współpracy, na początku co prawda tylko słownej. Ale już po rozdaniu „piepsów” (czyli urządzeń nadawczo-odbiorczych podnoszących bezpieczeństwo w terenie lawinowym) i po zapoznaniu się z zasadami ich działania i obsługą, uczestnicy przekształcili się w prawdziwy zespół poszukiwawczy pod wodzą nowomianowanego kierownika. Zadaniem było jak najszybsze znalezienie w naszym „lawinisku” specjalnych urządzeń, pozorujących podczas treningów osoby zasypane przez lawinę. Szkolenie „nie poszło w las” i „ofiary” zostały namierzone za pomocą elektroniki oraz sond lawinowych w czasie statystycznie dającym jeszcze duże szanse na przeżycie. Teraz pozostawało już tylko sprawne i zgodne z prawidłami odkopanie spod śniegu, do czego świetnie przydał się trening z poprzedniego dnia przy zakładaniu obozu.

Wspólnie spędzany w górach czas kurczył się nieubłaganie. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, ostatni rzut oka na rozległą panoramę z dominującym masywem Babiej Góry. Pozostało już tylko założyć plecaki i znaną trasą wrócić w doliny. Plecaki tym razem sprawiały wrażenie odczuwalnie lżejszych, a dodatkowo przysłowiowych skrzydeł dodawał ... bagaż nowych doświadczeń i nabyta kondycja! Wracając do miejsc naszych codziennych obowiązków, wieźliśmy wspomnienia niedawnych zmagań i radości, wspomnienia wspólnego spotkania - czyli coś z tej pięknej atmosfery, dla której tak bardzo chce się wracać w góry. I oby faktycznie jak najszybciej udało nam się w góry wrócić!

Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz