login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Ludzie i góry

Czarna piramida

Piotr Pustelnik

Himalaje – dach świata. Kraina lodowych olbrzymów, w której fałdowanie tektoniczne wyniosło tysiące lat temu góry na wysokość ponad ośmiu tysięcy metrów. Kraina o której alpiniści marzą i śnią. Kraina kontrastów, odwiecznej konfrontacji natury z cywilizacją. To tu trafiamy rokrocznie. To o tej krainie będzie ta opowieść.

Jest 11 kwietnia. Zadzierając głowy wpatrujemy się w kopułę szczytową Makalu (8463 m.). Tu z bazy widać tylko chmury i pióropusz śnieżny na wierzchołku. Co nas tam czeka. Czuję, że każdy podświadomie zadaje sobie to samo pytanie. Przyjechaliśmy z różnych stron świata, dzielą nas charaktery, temperamenty i zwyczaje, łączy nas cel i chęć. I nieposkromiona ciekawość, jak wygląda świat ze szczytu.


Kiedyś dawno temu, siedząc przed namiotem na lodowcu Gasherbrum South, miałem marzenie. Popatrzeć na świat z góry, ale nie z próżnej chęci dominacji, a właśnie z ciekawości, która pchała ludzi na morza i kontynenty.

Jest nas dwunastu. Złączonych przez Internet w jeden zespół. Czterech Polaków, trzech Słowaków, dwóch Włochów, dwóch Amerykanów i jeden Portugalczyk. Czeka na nas tzw. droga normalna czyli pierwszych zdobywców, Francuzów z roku 1955. Technicznie łatwa, jedyną niewiadomą będzie pogoda. Ja, Rysiek Pawłowski, Anka Czerwińska i Darek Załuski byliśmy już pod Makalu w przeszłości. Po dwa razy. Znamy się z Makalu jak łyse konie. Wiemy gdzie i jak iść. Wiedza i świadomość zagrożeń to cenny kapitał. Ale czy tylko kapitał. Czy nie obciążenie psychiczne? Jak czuje się ktoś, kogo góra odrzuciła? Jaki jest bilans zysków i strat. To pytanie zadawałem sobie po wielokroć. Teraz w bazie natrętnie wróciło do mnie. Zresztą nie to jedno.

            Jest 26 kwietnia. Głos z głośnika radiotelefonu jest poważny. Wolno cedząc słowa Gonzalez mówi, że prawdopodobnie R.D. nie żyje. Biwakował w kuluarze na Makalu La na wysokości 7200 m. Teraz jest już bryłą lodu. Gorączkowo układam sobie plan działania, irracjonalnie wierząc, że może cud sprawi, że zobaczymy R.D. żywego. Powtarzam sobie, póki go nie zobaczę, nie uwierzę. To naiwna wiara. W górach cuda zdarzają się niezmiernie rzadko. Teraz go nie było. Mijają godziny, noc i dzień i znowu noc i dzień, a ja dalej nie rozumiem co się stało. Im dłużej myślę, tym więcej wątpliwości pojawia się. Co stało się w nocy z 25 na 26 kwietnia i dlaczego został w górach, mając namiot o godzinę drogi w dół. Gdzie podział się jego sprzęt biwakowy, który był w jego plecaku. Dlaczego zatrzymał się na 50 m przed końcem drogi. Tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.

Pogrzeby górskie są proste i krótkie. Cały ból, smutek, żal chowamy w sobie. Pochyleni nad owiniętym w płachtę biwakową R.D., ostatni raz patrzymy na jego twarz i dłonie. W myśli odmawiam prostą modlitwę, łzy wypełniają oczy. Za chwilę śnieg pokryje jego ciało. Będzie tylko miejscem w kuluarze na Makalu La oznaczonym krzyżem i tablicą pamiątkową. R.D., ty pieprzony draniu, dlaczego mi to zrobiłeś!

 Jest 12 maja. Do góry idzie zespół „All Stars” albo „Old Stars”, czyli Rysiek Pawłowski, Darek Załuski, Martin „Macho” Gablik i ja. Za nami pójdą pozostali. Także w obozie wyprawy szwajcarsko-hiszpańskiej pełna mobilizacja. Wszyscy chcą między 15 a 17 maja znaleźć się blisko szczytu. Prognozy internetowe wskazują na te dni. Ma nie wiać. To najważniejsze. Oby miały rację. Z punktu widzenia kierownika wyprawy, najważniejsze jest, aby dać szansę wszystkim uczestnikom. Złożyłem publicznie taką deklarację i słowa muszę dotrzymać. To wywołuje problemy natury logistycznej, bo przecież każdy musi mieć miejsce w namiocie, śpiwór, papu, etc. A przecież pogoda może się popsuć i plan poruszania się zespołów może szlag trafić. Kolejny powód do zmartwień. Dla lidera oczywiście. I kto to powiedział, że kierowanie wyprawą to bułka z masłem. Jeśli już, to z pewnością czerstwa i bez masła.

13 maja. Siedzimy w jedynce. Namioty lekko zniszczone, ale po niewielkich korektach można spać. Herbata, kawa, zupy, rozmowy. Niby wszystko w porządku, ale tak naprawdę, to każdy jest myślami przy dniu szczytowym. Ten cholerny syndrom startowy. Nieposkromiona ciekawość i chęć zobaczenia niewidzianego powoduje, że do późna nie mogę zasnąć. Bez wahania biorę stilnox i za chwilę zapadam w płytki sen. Jutro pójdziemy na przełęcz, pojutrze wyżej. Boże, już za parę dni może ziści się moje marzenie. Oby, mogę tylko marzyć, żeby tak było.

 14 maja. Przełęcz Makalu La. Lodowa pustynia i kilka namiotów. Jesteśmy tu sami. Inni przyjdą jutro. Klaustrofobicznie niski namiot. Pić, dużo pić. Rysiek gotuje. Menażka za menażką. Czas powoli zamyka zmierzchem dzień. Teraz spać. Jutro marsz wyżej w niewidziane. Od września 1998 roku marzyłem, żeby zobaczyć stoki powyżej przełęczy. Tu mała dygresja. Spotkany na Festiwalu Gór w Łodzi Tomek Kopyś, notabene jeden z dwóch żyjących polskich zdobywców Makalu, zapytał mnie z niemałym zdziwieniem, dlaczego nie mogliśmy wyjść powyżej przełęczy. Teraz pokonując łatwe pole nad przełęczą zrozumiałem jego zdziwienie. Jeśli tam nie wieje, to trudności drogi są znikome. Bez większego wysiłku dochodzimy do ostrogi skalnej na wysokości około 7600 m. U jej stóp widzimy miejsca biwakowe oznaczone szczątkami namiotów. Powyżej jednolicie nastromiony stok. Widać wyraźnie, że do wierzchołka jest łatwo. Tylko sakramencko daleko. Oj, będzie kłopot zmieścić się z wejściem i zejściem w ciągu jednego dnia. Ale dzisiaj to nie jest nasz problem. Teraz stawiamy namiot i w dół do obozu II.

15 maja. Idziemy jeszcze raz do trójki. Dołączyli do nas Gonzalez Velez i Jay Sieger. Co prawda mieli pojawić się dzień później razem z Anką Czerwińska i Vlado Strbą, ale nie wytrzymali i ruszyli wcześniej.  Chyba boją się, że szczyt ich ominie. Obsesja czy co. Dobrze, niech idą. Tylko jedzenia i picia jest mało. Żeby wystarczyło. Z taką wątpliwością zapadam w drzemkę. O prawdziwym śnie nie ma mowy. Przez kilka minut obracam w palcach pigułkę nasenną. Wziąć czy nie wziąć. Nie biorę. Ryzyko jest za duże.

16 maja. O drugiej w nocy wyszli Szwajcarzy. Nawoływali się tak głośno, że pewnie słychać ich było obóz niżej. Reszta naszej ekipy wychodzi między 4 a 6 rano. Ja startuję ostatni. Boże, jak ja nie lubię rannego wstawania. Śniadanie symboliczne, lekka szczytowa nerwiczka i wychodzę w chłód poranka. Jest około -25 stopni Celsjusza. Niebo bezchmurne i co najważniejsze, nie wieje. Kurcze, dzisiaj musi się udać. Sznurek ludzi mozolnie pnie się do góry. Warunki do wspinania są świetne. Twardy śnieg i lód. To też pomaga. Powoli zbliżam się do ostatniego. Na tej wysokości nie ma sprintu. Przyspieszysz, to zasapiesz się tak, że minie długa chwila zanim dojdziesz do siebie. Powolutku korzystając z tlenu z butli, dochodzę Ryśka Pawłowskiego i Diego Fregonę. Obaj cierpią z powodu choroby gardła. Idą wolno. Wkrótce podejmą jedyną odpowiedzialną decyzję; zawrócą. Dla Ryśka, ambitnego i doskonałego himalaisty to decyzja dramatyczna i bolesna. Na wysokości około 8000 m zawraca wyczerpany Jay Sieger. Z wysokości 8200 m zawraca Darek, zniechęcony przez schodzących uczestników wyprawy szwajcarsko-hiszpańskiej. Martin i Gonzalez idą dalej i tylko oni i ja mamy szansę na wejście. Na grani szczytowej spotykam schodzącego Norberta Joosa ze Szwajcarii, który najpierw dziwi się, widząc moją maskę na twarzy, a potem z niebywałą galanterią kłania się i mówi: „Teraz góra należy do ciebie”. Rzeczywiście, nade mną nie ma już nikogo. Pode mną Martin i Gonzalez, ale ich nie widzę, więc prę do góry. Teraz już nic mnie nie zatrzyma. Ku mojemu zdziwieniu przedwierzchołek i turnia szczytowa to najtrudniejsze odcinki naszej wspinaczki, która do tej pory jest bajecznie łatwa. Tuż pod wierzchołkiem jest najbardziej stromo. A szczyt to kwintesencja góry. Szpiczasty i tak mały, że z trudem mieści się na nim jedna osoba. Wbijam czekan i schodzę dwa metry na wygodne stopnie. Zdjęcia, krótka rozmowa przez radiotelefon z bazą. Przytłumiona radość, satysfakcja i ulga. Teraz już tylko w dół. Niżej spotykam Martina i Gonzaleza. Zaraz dojdą. Ściskamy się i gratulujemy. Jednak udało się. Boże jaki jestem szczęśliwy. Powoli, jakby mi było żal, schodzę skalną grzędą do lodowca. Za dwie godziny będę w obozie III. Słońce powoli schodzi do linii horyzontu. Dzień się kończy. Kończy się dzień szczytowy, ale to nie jest koniec wyprawy. Jeszcze nie wiem co będzie dalej i przez jakie dramatyczne sytuacje przejdziemy. To teraz nie jest istotne. Coś się skończyło. Sen, marzenie się spełniło. Warto było czekać. Zawsze warto. Góry są cierpliwe. Poczekają.

  

Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz