login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Ludzie i góry

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Piotr Pustelnik

Góra pierwsza

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. Gwałtowne reakcje, enzymy, aminokwasy, proteiny, cały organiczny świat spięty razem w małej neuronowej objętości, buzuje, dając pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.


Błysk flesza i jak w kuwecie wywoływacza pojawia się blada, nieogolona, zawzięta twarz Christiana Kutnera. „This agentur is shit und scheise”, słyszę zachrypnięty, zmęczony walką o bagaże głos Christiana. Widzę, jak w prostej do bólu tybetańskiej knajpie ściga „tak zwanego” kelnera, który od godziny serwuje, bezskutecznie, prosty, lokalny posiłek. Drugi błysk flesza i w kuwecie pojawia się Marco Bianchi. Gdzieś w Alpach i Himalajach zatracił instynkt samozachowawczy i popsuł światełko w organizmie, sygnalizujące brak biologicznego paliwa, tak potrzebnego do przeżycia. Widzę go, jak słaniając się, posuwa się powoli za bogatym w niespożyte siły Krzyśkiem Wielickim, jakby nie rozumiejąc, że z Krzyśkiem ścigać się nie wolno, bo grozi to śmiercią lub kalectwem. To było tak dawno w Tybecie, że już rysy twarzy zamazują mi się. Kilkanaście lat temu, kiedy wszyscy z ogniem w oczach wpatrywaliśmy się w cień wielkiej góry, rzucany przez zachodzące słońce na wielką płaszczyznę lodowca. Gasnący ze znużenia mózg jeszcze raz błysnął fleszem. Zobaczyłem w nim Joao, Portugalczyka, który z frywolnego południowca, traktującego góry wysokie lekko, po jednym biwaku na grani Everestu, przeistoczył się w poważnego i zamkniętego w sobie himalaistę. Wtedy, trzeba było opiekować się nim jak dzieckiem i znosić spokojnie sztubackie żarty i powstrzymywać się przed należnym takiej osobowości ostrzegawczym klapsem w pupę. Wszyscy oni niczym w Wyspiańskiego tańcu Chochoła przemknęli przed moimi zamkniętymi powiekami. Teraz czekał mnie płytki sen i jutrzejszy marsz do szczytu Cho Oyu, po śladach sprzed trzynastu lat. Jakim byłem wtedy, jakim jestem teraz. Wtedy w głowie był prosty porządek rzeczy. Góry, Himalaje były wszystkim, zaprzątały prawie całą uwagę. Wszystko, życie rodzinne, zawodowe było na drugim planie. Rządziły Himalaje. Dla nich wyrzucałem z głowy całą akademicką przeszłość, zostawiając tylko tyle, by móc prowadzić zajęcia i nie przejmować się szybko uciekającym przede mną postępem wiedzy. Odżałowałem już zawód, jaki sprawiłem moim bliskim, kiedy dowiedzieli się, że nie będę naukowcem, tylko prostym wykładowcą z lekkim akademickim szlifem. Cho Oyu i Shisha Pangma były wtedy dla mnie tym samym, co porządny, na wysokim poziomie grant naukowy. Bez większych oporów porzuciłem wakacje z najbliższymi. Powoli docierało do mnie, że zaczynam przechodzić na drugą stronę mojego świata, tam, gdzie rządzą góry. To wszystko było gdzieś poza mną, przede mną stała kopuła szczytowa Cho Oyu.

Wysokość czyni ze snu malignę, bezkształtną senną masę, z której wyłaniają się produkowane przez niedotleniony mózg obrazy. Jakby w krzywym zwierciadle, w prostym gabinecie śmiechu każdego prowincjonalnego cyrku, gdzieś między klatką z lwami a zaopatrzonym w czerwony nos klownem. Tkwię w tej malignie, ni to śniąc, ni to widząc szaleńczą jazdę w dół stromym tatrzańskim żlebem ku dolince usłanej dużymi jak kioski „Ruchu” kamieniami. Ta jazda i ten fotoplastykon złożony ze slajdów mojego życia od plaży w Brzeźnie parę lat po śmierci Stalina, do północnej ściany Małego Kieżmarskiego, to wszystko, co z tamtych czasów pamiętam. Pierwsze promienie słońca wyciągają mnie z tego niezwykłego stanu, przywracając do zimnej i niechętnej człowiekowi rzeczywistości. Kopuła Cho Oyu czeka. Tylko na kogo? Tego sprzed lat, czy tego teraz. Tak mało pamiętam, a myślałem, że będę wiedział wszystko. Gdzieś zginęły szczegóły. Zostały tylko wrażenia i zamazane obrazy. Niezmienne było i zostało, zimno i wiatr.

Partner zamyka namiot. Czas rozpocząć marsz do góry. Zmierzyć się z przeszłością i wspomnieniami.

pod AnnapurnąGóra druga 

Wiatr targa nylonową materią. Jak zwykle rano. Słońce słabo ogrzewa oszroniony i nieprzyjazny człowiekowi namiot. Jeszcze leżę, czekając na słońce albo na coś, sam nie wiem co. Leżymy tu już trzeci dzień. Lou Tse jeszcze nie widzi. Rano próbowaliśmy wyjść w stronę szczytu. Bez sensu. Bez glikogenu w mięśniach nie dałem rady. W głowie zaczaił się strach. Do tej pory po sieci neuronów hulało silne przekonanie, że wyjdziemy z tej pułapki bez szwanku. Teraz hula strach. Tak normalny, ludzki, mocny, że aż mdło się robi w żołądku. Za strachem pomykają jego pierwsze pochodne; panika i histeria. Co robić? Czy coś robić? Przecież to ja jestem za tych łebków odpowiedzialny. Piotra usilnie namawiałem na Tryptyk. Lou Tse władował się w tę kabałę trochę przez przypadek, a trochę z mojej marnej chęci zaoszczędzenia kilku tysięcy dolarów na pozwoleniu. Z jego umiejętnościami i stylem chodzenia po górach nie powinien się tu znaleźć. Adrenalina i inna chemia produkuje scenariusze katastrofy na potęgę. Od heroicznych po marne, od zbiorowych po samotne. A ja się nimi „pasę” i przerabiam w mózgu na decyzje. Bóg strzegł, że tylko parę z ust ujrzało światło dzienne. Reszta zapętliła się w mózgu i tylko od czasu do czasu, w chwilach słabości szczególnej i nostalgii, staje w gotowości w gardle. Na szczęście codzienna rutyna (czyli: gotowanie, picie, popatrywanie w oczy, albo lepiej w te ropne dziury, gdzie zazwyczaj są oczy, Lou Tse, w nadziei, że widzi), powoduje, że myśli, strach i scenariusze czarne chowają się gdzieś głęboko i dają mi spokój. Dręczy mnie myśl, że nie wiem, jak Piotrowi powiedzieć, że być może nie wyjdziemy z tego żywi. Może tak, przaśnie z rubasznym, górskim humorem: „Ciekaw jestem, Piotruś, co powiedzą ludzie, którzy za 20 lat nas tu znajdą takich nieuczesanych i brudnych jak świnie”. A może tak jak na radzieckich filmach o drugiej wojnie światowej: „Słuchajcie no, Morawski, zrobiliście wszystko, co w waszej mocy, ale na przeciwnika to było za mało. Ojczyzna Wam tego nie zapomni”. A w końcu, może tak po prostu: „Jakie kwiatki na grób lubisz najbardziej, bo ja grabary, he, he, he”. A w rzeczywistości, było znacznie prościej. Usłyszałem: „Nie pierdol mi tu o śmierci, idziemy na dół. Ubieraj się, a ja obudzę Lou Tse”. Lou Tse zapytał tylko czy idziemy do góry, czy na dół, czym wprowadził mnie w osłupienie. Poszliśmy. Jak to się stało, że nikt nie spadł, nawet, a może zwłaszcza ten niewidzący, nie wiem. Wiem, że pewnie było dane nam wrócić. Ktoś tam wysoko uznał, że jeszcze na nas nie czas. Została nostalgia i parę ważnych postanowień. Nie wrócę pod Annapurnę. Nie chcę zdawać kolejnego egzaminu z bycia człowiekiem, nie chcę nadmiernej i nienależnej dawki strachu o partnerów i siebie. Jeszcze długo będzie mnie to, co się wydarzyło na tej górze, bolało. Nie mogę pogodzić się z taką niesprawiedliwością losu. To nie fair.

Broad Peak, obóz IGóra trzecia 

Podobno człowiek żyje zgodnie z zasadami statystyki społecznej, gdzie rządzi rozkład Gaussa i prawo wielkich liczb. Jeśli tak jest, to, dlaczego, do cholery, na Broad Peaku spotykały mnie przygody i incydenty w liczbie mogącej zaspokoić całkiem spory zespół alpinistyczny, pechowy zresztą. W 1998 roku najpierw dwójka Francuzów znika w tajemniczych okolicznościach na grani prawie na naszych oczach, potem w bazie szaleje chory z urojenia, Meksykanin Jurij. Dalej rwie się lina pode mną i przelatuję prawie całą drogę z dwójki do jedynki, „łapiąc” liczne kontuzje i angażując resztę wyprawy do sprowadzenia mnie na dół. Rok później najpierw podczas ataku szczytowego ginie Koreańczyk i trzeba było zejść, potem kradną mi namiot obozu trzeciego, a ja po biwaku w podartym namiocie zatracam całą odwagę w mgle, tak gęstej, że trudno było nawet określić, gdzie była góra, a gdzie dół. Sześć lat później mój partner łamie nogę pod przełęczą, dwaj inni w nocnym wycofie spadają w lufę, na szczęście bez większych konsekwencji, a lekko oszalały Włoch na naszych oczach „tnie” do wierzchołka twierdząc, że idzie w dół. Ze „spoko” wyprawy robi się „dom wariatów” ze mną w roli ordynatora. W tym roku jeden pogrzeb na grani i jedna akcja spod przełęczy, tym razem Piotr Morawski w roli salwatora. Więc niech nikt mi nie mówi, że jest to wszystko w porządku. Jest jak w „Pulp fiction” fucking far from OK.

Ktoś, kiedyś mnie zapytał: „Piotr, jak chciałbyś zakończyć karierę w górach wysokich?”. „Wiesz nie wiem, ale pewnie tam, gdzie zacząłem” odpowiedziałem, tak na odwal się, bo o tym, żeby z gór wysokich rezygnować nie myślałem wcale. Gdzieś po głowie chodziła mi kretyńska myśl, że w te wysokie śniegi można chodzić do śmierci, naturalnej oczywiście. Co za naiwność! Przecież wiadomo, że nic nie trwa wiecznie i trzeba o tym poważnie pomyśleć. Więc, choć bolało jak najgorszy zastrzyk lub wyrywanie zęba, postanowiłem rozstać się z bardzo rozrzedzonym powietrzem w Karakorum, tam, gdzie, się wszystko w 1990 roku zaczęło. Pamiętam jak dziś, roczne przygotowania na wzór i podobieństwo wypraw Zawady, Kurczaba czy Bilczewskiego lub Młoteckiego. Liczne wizyty u prominentów, roboty wysokościowe, wizyty u rzemieślników, pakowanie z celnikami na karku, wariackie podróże do Berlina, by wysłać bagaż. Z samych przygotowań można było napisać książkę o charakterze przygodowo-obyczajowym. A wyprawa, to osobna książka, anegdota na anegdocie. Zaczęło się od zmasowanego ataku szerszeni na naszego kolegę. Poczuł się jak lotniskowiec amerykański po ataku japońskich kamikaze na Morzu Koralowym. Przeżył, ponoć, z uwagi na grubą skórę na czaszce. Wkręcony w mechanizm wózka kolejki linowej przez rzekę biały, bawełniany szalik, dusił mnie jak Isadorę Duncan. Tylko, że ona zginęła, a ze mnie tylko cała wyprawa „ciągnęła druta”. Kulminacją był długi lot Koreańczyka po stokach Gasherbruma I zakończony udanym „zaparkowaniem” w namiocie Wandy. Oj, lgnęli ci Koreańczycy do Wandeczki. Teraz rączo maszerując, po raz n-ty, lodowcem Baltoro, przywoływałem te jakże cudowne wspomnienia. Tylko dlaczego, za każdym razem, mój mózg mówił: „Ale pamiętaj kochany, że to już ostatni raz”. Po co mi o tym umyśle przypominasz. Ja to wiem. I dlatego jest mi tak źle.

Post Scriptum

To tylko kilka impresji z długiej czasowo perspektywy. Więc „take it easy”. Chyba nikt nie uwierzył, że już od teraz będę tylko grał w szachy.:-)

 
Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz