Piotr Reguła
O zmierzchu dojeżdżamy do Sligachan. Szkoci, którzy nas podwieźli, zostają na kampingu, a my zanurzamy się w mokrej szarówce – w końcu przyszło nam się zmierzyć z typowo szkocką aurą. Szeroką, wyraźną ścieżką śpiesznie brniemy w głąb wrzosowisk. Silny wiatr i zacinająca mżawka przymuszają do jak najszybszego rozbicia namiotów, najpierw jednak chcemy się oddalić od osady, a potem mamy problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. Ilekroć wypatrzymy równy skrawek terenu, okazuje się on grząskim, błotnistym bajorkiem, jedynie dla niepoznaki porośniętym trawą. Mija sporo czasu, nim nad potokiem Allt na Measarroch znajdujemy murawę bez bagienka pod spodem.
Rankiem nadal jest wietrznie, chmury ścigają się po niebie i bawią ze słońcem w chowanego. Midges, które chyba nie radzą sobie z silnymi podmuchami, gdzieś się pochowały. Tym razem w ablucjach przeszkadzają nam pierwsi piechurzy, a to znaczy, że najwyższa pora ruszać dalej.
Szerokimi dolinami Glen Sligachan i Srath na Crèitheach docieramy do skrawka Atlantyku, Camas Fhionnairigh, niewielkiej zatoki Morza Hebrydzkiego. Podoba nam się ten zakątek: skrawek piaszczystej plaży okolony łąką z kilkoma pasącymi się owcami i dwa domy lśniące jasnymi ścianami na tle soczystej zieleni traw i ciemnych skał Cuillin Hills. Szkoda tylko, że surową, z lekka nostalgiczną lirykę w morsko-górskiej oprawie psują rozrzucone tu i ówdzie śmieci. Trochę w tym winy przypływów, trochę turystów.
Jeden z dwóch domów to ogólnodostępne bothy, ale jest jeszcze za wcześnie, abyśmy się w nim zatrzymali. Obok resztek kładki przeprawiamy się w bród przez Abhainn Camas Fhionnairigh, na drugim brzegu trafiając wprost w strugi krótkotrwałego deszczu. To zwyczajna w górach niedogodność, ale tym razem po głowie błąka się nieuchwytne poczucie drobnego niefartu; niedużo wcześniej moglibyśmy skryć się pod dachem domostwa.
Kiedy ucichają przelotne opady zaczynamy trawers zbiegających do oceanu stoków Sgurr na Stri. Z każdym naszym krokiem stromieje przecinane mokrą ścieżką zbocze, skała coraz bardziej wypiera darń, aż wreszcie dochodzimy do „The Bad Step”. Ta sugestywna nazwa intrygowała nas już znaleziona na mapie, zastanawialiśmy się, co się za nią kryje, jaka niespodzianka bądź trudność. Niejakie wyobrażenie tego, co nas czeka, dawała treść przewodnika, ale ciekawość w pełni możemy zaspokoić dopiero dotarłszy do miejsce, gdzie dalszą drogę przegradza potężna płyta oderwana od wznoszącego się powyżej urwiska.
Kierując się opisem schodzę na sam brzeg morza i częściowo po sporych głazach, a częściowo pomiędzy nimi docieram do przeszkody. Krawędź szerokiego pęknięcia wyprowadza mnie na maleńką platformę, gdzie przez chwilę łapię oddech, po czym wchodzę na wąską, skalną listwę. Przytulony do szorstkiego bazaltu opieram na nim dłonie i powoli przesuwam się wzdłuż ściany. Ciężki plecak przeszkadza w utrzymywaniu równowagi, poziom adrenaliny podnosi brak chwytów dla rąk i falująca pode mną zielonkawa toń. Ale jeszcze tylko kilka ostrożnych kroków i mogę odetchnąć z ulgą; jestem po drugiej stronie. Niebawem dołączają do mnie dziewczęta, które, za przykładem dwójki Szkotów, obchodziły barierę górą.
Wkrótce po przejściu „The Bad Step” docieramy do Loch Coruisk, sporego, podłużnego jeziora głęboko wcinającego się w łuk Cuillin. Zaledwie ok. 250-ciometrowy skrawek lądu oddziela je od Loch na Cuilce, które już jest małą zatoką Oceanu Atlantyckiego. Jezioro i zatokę łączy rzeka Scavaig, która przy swojej 400-stumetrowej długości jest jedną z najkrótszych rzek na świecie.
Na brzegu Loch na Cuilce zaglądamy do Coruisk Memorial Hut, ale okazuje się, że to nie bothy, a prywatny domek, należący do The Junior Mountaineering Club of Scotland. Wracamy więc nad Loch Coruisk i znowu długo szukamy względnie suchego miejsca, aż wreszcie z pewnym trudem lokujemy nasze dwa niewielkie namiociki na lekko wyniesionej, ciasnej kępce zieleni. Nasza krzątanina nie robi żadnego wrażenia na pasącym się w pobliżu jeleniu, nie reaguje on nawet wtedy, gdy podchodzimy na odległość zaledwie kilkunastu metrów, aby przyjrzeć mu się z bliska.
Półtorej doby później, bo bezskutecznym czekaniu na poprawę pogody, wyruszamy na wciąż skrytą w chmurach najniższą przełęcz górskiego łańcucha, Bealach na Glaic Moire (760 m n.p.m.). Liczymy na łut szczęścia i chociaż odrobinę widoczności, która pozwoli nam „przeskoczyć” na drugą stronę gór. Nasze nadzieje spełzają na niczym. Pod koniec podejścia wchodzimy w gęsty, biały tuman i na szczerbę przełęczy docieramy po omacku, wzdłuż jednej ze ścian żlebu. W takich warunkach - przy braku wyraźnej ścieżki i braku oznakowania, którego w Szkocji, poza nielicznymi wyjątkami, nie stosuje się - nie ryzykujemy zejścia w nieznane. Kiedy oczekiwanie na przejaśnienie nie przynosi efektu, zawracamy.
Ponieważ przez Bealach na Glaic Moire nie przeszliśmy, decydujemy się zamknąć pętlę wokół Loch Coruisk. Na początek trafiamy na teren, nawet jak na tutejsze realia, wyjątkowo błotnisty. Chyba wszędzie w Cuillin Hills nieprzepuszczalne podłoże sprawia, że woda z opadów prawie nie wsiąka w grunt, powszechnie występuje spływ powierzchniowy. Po każdym deszczu na stokach pojawiają się liczne okresowe wodospady i strumienie, a w zagłębieniach, w tym również i na ścieżkach, powstają długo nie wysychające kałuże, zwykle pełne błota. W głębi doliny lewy brzeg Loch Coruisk częściowo zarasta, a opadające do niego strome zbocza Druim nan Ramh zmuszają do maszerowania takim już nie jeziorem, jeszcze nie stałym lądem, gdzie najbardziej odpowiednim obuwiem wydają się być wodery.
Wieczorem okazuje się, że nie wyciągnęliśmy wniosków z wcześniejszych doświadczeń. Wybrzydzamy na pierwsze napotkane miejsce nadające się na biwak; wysepka w nurcie rwącej, górskiej rzeki wydaje nam się zbyt hałaśliwa, aby na niej spać, więc szukamy czegoś innego. Skarceni za nasze grymasy musimy przekroczyć niewysokie ramię Sgurr Hain i wlec się długo w noc, nim wreszcie grubo po północy możemy rozstawić namioty w znanej nam już dolinie Srath na Crèitheach.
Budzi nas jeden z ostatnich dźwięków, jaki spodziewalibyśmy się usłyszeć w górach zamiast pozostawionych w domach budzików. Ze śpiworów wyciąga nas grzmiący huk przelatującego tuż nad nami samolotu. Najwyraźniej jakaś pobliska jednostka RAF ćwiczy loty na niskiej wysokości, bo zwijanie obozu i marsz do Sligachan urozmaicają nam kolejne maszyny - myśliwce Tornado - mknące w poprzek Isle of Skye w ciasnej przestrzeni pomiędzy dnem doliny a warstwą burych chmur. Cywilizacja, do której wracamy, dopadła nas, zanim sami zdołaliśmy do niej dotrzeć.
INFORMACJE PRAKTYCZNE
Podróż
Obecnie chyba najlepszą opcją jest podróż samolotem. Bezpośrednio z Polski można dolecieć do Glasgow lub Edynburga. Dalej możemy podróżować lokalną komunikacją lub autostopem (który w Szkocji, w odczuciu autora, jest bardzo efektywny). Autostopowiczów nie mogą zabierać kierowcy samochodów służbowych. W komunikacji miejskiej planowanie już trzech przejazdów powinno uzasadnić ekonomicznie zakup biletu dziennego: w Edynburgu bilet jednokrotny kosztuje 1 GBP, bilet dzienny 2,5 GBP.
Formalności wjazdowe
Wielka Brytania nie podpisała układu z Schengen, więc wciąż przy wjeździe należy okazywać ważny paszport lub dowód osobisty.
Waluta
Wielka Brytania nie przystąpiła do unii monetarnej, więc funt brytyjski (GBP) nie został zastąpiony przez euro (EUR) i nadal jest obowiązująca walutą. Na terenie Szkocji w obiegu występują banknoty wyemitowane przez Bank of Scottland, pełnoprawny środek płatniczy na terenie całego Zjednoczonego Królestwa, jednak w Polsce mogą wystąpić problemy z ich wymianą na złotówki lub wymiana ta będzie możliwa po niekorzystnym kursie. Dlatego warto się zatroszczyć, aby gotówka, która nam ewentualnie zostanie, była wyemitowana przez Bank of England.
Zaopatrzenie
W samolocie nie można przewozić kartuszy gazowych, Dlatego trzeba kupić je już na miejscu. Kartusze z zaworem gwintowym kosztują ok. 2,5 GBP/100 g, 3 GBP/ 250 g, 5 GBP/500 g. W sklepie turystycznym warto zaopatrzyć się w moskitierę, przynajmniej na głowę. Lepiej to zrobić już na miejscu, ponieważ meszki w Polsce są znacznie mniejszym problemem niż w Szkocji i może się okazać, że polska moskitiera zatrzymuje tylko znacznie większe od meszek komary.
Mapy
Ordnance Survey, Landranger Map, 1 : 50 000, arkusz 36 Grantown & Aviemore oraz arkusz 43 Breamar & Blair Atholl, ok. 6,50 GBP/szt.
Przydatne linki
www.lothianbuses.com/index.php
www.ordnancesurvey.co.uk/oswebsite/
www.msz.gov.pl/Opisy,Krajow,1807.html
www.outdooraccess-scotland.com/upload/Full%20Access%20Code.pdf
Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.
Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.
więcejW dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.
19 listopada / środa
18.00
Otwarcie festiwalu
Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.
Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj
więcej