login:
hasło:
Zapomiałem hasła | Załóż konto
portal
forum
Ludzie i góry

Dwie drogi, jedna pasja

Rozmowa Martyny Wojciechowskiej i Piotra Pustelnika

Martyna Wojciechowska: Kiedyś – nie podkreślając różnicy wieku między nami, broń Boże – z wypiekami na twarzy czytałam o himalajskich wyprawach, czytałam o Piotrze Pustelniku... Dzisiaj mam u twojego boku opowiadać o górach. To dla mnie niezręczna sytuacja. To tak, jakby postawić kogoś koło jego profesora i spróbować uzyskać od tych dwóch osób wypowiedź na ten sam temat. W przypadku mojej drogi górskiej można mówić raczej o raczkowaniu...


Piotr Pustelnik: U ciebie to była droga związana z próbowaniem wielu rzeczy. Za to u mnie – w gruncie rzeczy przypadek. Zacząłem mając dwadzieścia dwa lata, dopiero w wieku trzydziestu dziewięciu byłem na pierwszej górze ośmiotysięcznej. Wiele lat temu spotkałem na wyprawie człowieka, który mając siedemnaście lat wszedł na McKinleya, mając osiemnaście na Gasherbrum II, a mając dziewiętnaście próbował wejść na Makalu.

M.W.: Ja trafiłam w góry jeszcze później. I bardzo żałuję, że tak późno. Wiele zależy od środowiska, w którym się wyrasta, od towarzystwa, w którym się człowiek obraca... Wyprawy naszych największych tuzów himalajskich w latach osiemdziesiątych wzbudzały we mnie wielkie emocje. Pamiętam nawet dokładnie dzień, kiedy dowiedziałam się, że zginął Kukuczka, zapisałam to w swoim pamiętniku... Ale nikt z mojego otoczenia nawet nie chodził po górach, a nie miałam odwagi i pędu, żeby spróbować samej. Inaczej z motoryzacją – mój ojciec był zawodnikiem, więc mając dziesięć lat wsiadłam na pojazd jednośladowy i błyskawicznie zaczęłam sama jeździć, jako siedemnastolatka już miałam licencję wyścigową. Szłam w tym kierunku, bo to mi się wydawało oczywiste, naturalne.

P.P.: Moja mama była pływaczką – po wojnie do 1949 roku startowała w zawodach – i chciała ze mnie zrobić pływaka. Więc pływałem, pływałem, potem przyszły anginy, potem wylądowałem w szpitalu. I tak z człowieka, który miał pływać, w wieku lat czternastu zrobił się emeryt i rencista. Lekarze wmówili mi, że od wysiłku fizycznego mogę umrzeć. Mojej mamie też zapalało się to czerwone światełko, więc za cokolwiek się brałem, słyszałem: „nie, bo umrzesz”. Taka psychiczna trauma. Pamiętam, że nawet kiedy pierwszy raz wylądowałem pod wierzchołkiem Mont Blanc i miałem problemy z dysfunkcją oddechu – mówiłem swojej ówczesnej narzeczonej, że właśnie umieram. Taka histeryczna reakcja na lata spędzone w szpitalnym łóżku. Przez długi czas miałem syndrom niedowartościowania, syndrom słabego dziecka, które nic nie może robić. W końcu zacząłem uprawiać sport, do którego w ogóle się nie nadawałem – judo. Jak chłopczyk o takich cienkich rączkach i nóżkach może w ogóle uprawiać judo? Wszyscy się ze mnie śmiali. Nigdzie nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Dopiero kiedy byłem na trzecim roku studiów, mój kuzyn – do końca życia będę go za to lubił – powiedział: „zapiszmy się na wspinanie wysokogórskie”. Pierwszy raz zobaczyłem taterników na Zamarłej Turni, brzęczeli hakami, wyglądali tak męsko... Pomyślałem, że teraz dziewczyny już nie będą mówiły „to ten mały Piotruś, co wygląda na szesnastolatka”. I zapisałem się do klubu. Kursu oczywiście nie skończyłem, bo byłem cienki jak więzienna zupa. Trudno, żeby było inaczej, po latach takich zaniedbań. Na tym kursie znaleźli się ludzie, którzy potem zasłynęli jako jedni z lepszych wspinaczy skalnych. Poziom był wysoki, taki mięczak, jak ja, musiał odpaść.

M.W.: No tak, ale mimo wszystko – masz dwadzieścia dwa lata i zaczynasz już smakować w tym sporcie. W końcu robisz kurs skałkowy i zaczynasz się wspinać, coraz wyżej i wyżej. Aż dochodzisz do ośmiotysięcznika w Himalajach.

P.P.: Ale po drodze umieram z pięć razy. Co tysiąc metrów jakaś przygoda.

M.W.: Ja z kolei mam świadomość, że zaczęłam zupełnie nie tak, jak trzeba. Chciałam żyć przygodowo, nie dorabiałam do tego wielkiej ideologii. Po latach próbowania ekstremalnych dyscyplin – rajdów, nurkowania, lotnictwa, różnych eskapad – zupełnie przypadkiem trafiłam w góry. Pamiętam, leżałam wtedy w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni...

P.P.: Załapałaś coś, oczywiście?

M.W.: Załapałam, na jednej z wypraw. Leżałam w tym szpitalu cała nieszczęśliwa i właśnie wtedy zadzwoniła ekipa, że jadą na Mont Blanc i czy jadę z nimi. Powiedziałam: „dobra, mogę jechać. A co tam trzeba mieć?”. Gonitwa, kompletowanie sprzętu... Tak się zaczęło.

P.P.: Właśnie wtedy pierwszy raz usłyszałem o tobie w kontekście gór – w Internecie przeczytałem, że Martyna Wojciechowska weszła na Mont Blanc. Obok posty internautów: „He he he, jakie to śmieszne, wzięło się panience na góry”... Moja pierwsza reakcja była podobna – dla mnie byłaś wtedy dziewczyną z Big Brothera. Dopiero potem zobaczyłem, że ty się w tym jednak orientujesz.

M.W.: Miałam wcześniej do czynienia z różnymi aktywnościami desantowo-ekstremalnymi. Ale od tego do pomysłu, żeby się drapać gdzieś wyżej w góry – jeszcze daleka droga. Poszłam na Mont Blanc bez większego planu, kompletnie nic nie wiedząc o wspinaczce. O chorobie wysokościowej nawet nie słyszałam. Dziś widzę, że to była koncertowa partyzantka. Oczywiście, źle się czułam, oczywiście chorowałam, oczywiście nie wiedziałam dlaczego... Na tego Blanka właściwie wbiegłam i zbiegłam – wydawało mi się, że im szybciej, tym lepiej. Dzisiaj wiem, że powinnam była zrobić dokładnie odwrotnie. W każdym razie weszłam na górę – powiało, odsłoniło się całe Chamonix i szczyty dookoła... Coś we mnie drgnęło, poczułam, że to jest kierunek, w którym będę teraz zmierzać. Potem pojechałam na Kilimandżaro. Co najzabawniejsze, na kurs skałkowy formalnie zapisałam się dopiero po powrocie z Everestu. Wyobraź sobie miny ludzi, którzy mnie widzą w Podlesicach z Krzysiem Tretnerem, moim instruktorem, jak bawimy się sznurkiem. Ale kiedyś trzeba nadrobić zaległości.

 P.P.: Można wejść na bardzo wysoką górę, nie umiejąc się wspinać. Jedno drugiego nie wyklucza. Sam nigdy nie czułem potrzeby „zaliczania” kolejnych sprawności, nie chodziło mi o to, żeby skończyć kurs letni, zimowy, zrobić stopień taternika zwyczajnego, ale zrobiłem to… Dla mnie – kiedy już wreszcie do tego dojrzałem – góry stały się rodzajem królestwa. Uczyłem się ich, coraz bardziej wciągały mnie stopniem swojego skomplikowania. Jeśli chciałem pójść w wyższe, trudniejsze, musiałem więcej umieć. Wtedy był inny ustrój, żeby wydostać się w najwyższe góry, zwłaszcza za granicę, musiałaś mieć zrobione wszystkie kursy i stopnie. Załatwiało się to oficjalnie, przez kanały sportowe i trzeba było mieć dużo szczęścia, bo konkurencja była wielka. Teraz jest inaczej, może fajniej, bo jest swoboda... Ale tamte czasy też były niezłe, bo w środowisku znajdowali się ludzie naprawdę dobrze górsko wykształceni.

M.W.: Ostatnio zastanawiałam się, jaką aktywność wybrałabym dla mojego dziecka. (Zobacz, jeszcze się nie urodziła, a już jej życie planuję!) I oczywiście uznałam, że powinna się wspinać. Obserwując to pokolenie wspinaczy, które było przede mną, mam poczucie pewnej elitarności. To nie jest grupa ludzi przypadkowych, wyznają wartości, które są ważne także i dla mnie. Wprawdzie teraz wspinaczka staje się sportem szalenie popularnym i dostępnym, to już nie to samo, co kiedyś.

P.P.: Ja w stosunku do swoich dzieci miałem podejście praktyczne. Nie byłem typem tatusia, który dzieci do czegokolwiek zmusza. Powiedziałem sobie: „Nie muszą się wspinać. Ale jeżeli mają w życiu jeszcze cokolwiek robić w górach – niech umieją to robić”. Zawsze się wzdrygam, kiedy sobie przypominam, jak moje dzieci, takie malizny, pierwszy raz zalogowały się w skałkach, jak się tam rozchodziły... A ja miałem trzech kursantów i oczy dookoła głowy, bo kursanci też się rozchodzili – i zbierz teraz taką piąteczkę. Moi synowie po prostu gdzieś wleźli: „tatusiu, tu jestem!”, a ja patrzę i: „Boże, jak on tam wszedł? A teraz jak zejdzie?” Kiedy już do tego doszło, pomyślałem: niech się nauczą tego wspinania porządnie, wtedy ja nie będę się tak strasznie bał. Na pewno będę się o nich bać do końca życia. Ale już nie tak okropnie. I może z tego powodu powinnaś nauczyć swoje dziecko się wspinać – żebyś nie musiała się bać.

M.W.: Masz rację, bo pewnie w końcu w góry pójdzie.

P.P.: Jak raz ją zaprowadzisz... Musiałaby być naprawdę bardzo oporna.

M.W.: Ja jeszcze dodatkowo popsułam sobie zabawę. Nie dość, że bardzo szybko trafiłam w góry wysokie, to jeszcze z gór ośmiotysięcznych weszłam najpierw na najwyższą. Może zasadnie byłoby jednak wcześniej odrobić lekcję na górach, owszem, ośmiotysięcznych, ale niższych...

P.P.: I zabić się, zanim wejdziesz na Everest? Nie.

M.W.: Zostawić sobie coś na deser. Bo umówmy się – Everest górą trudną w sensie wspinaczkowym z pewnością nie jest. Trudność dotyczy wysokości i lepszego bądź gorszego jej znoszenia, jest też trudność logistyczna i obciążenie finansowe. Skoro poprzeczki wysokości już sobie nie mogę podnieść, muszę znaleźć inny sposób. Mogę się wspiąć na trudniejszą górę, albo wspiąć się ładniej, w lepszym stylu. Więc nie wykluczam, że na Everest wrócę.

P.P.: Parę razy w życiu doświadczyłem w górach strachu, że zginę. Za pierwszym razem ten strach był zwierzęcy, za drugim już mniej, za trzecim razem była rezygnacja. Wyciągnąłem z tego wniosek, że można się przyzwyczaić do myśli o własnej śmierci. Ale nie od razu. Zastanawiam się, czy ty już przeszłaś przez ten moment, czy już sobie zdajesz sprawę, że możesz zginąć. Bo czasem ludzie w ogóle nie dopuszczają do siebie takiej myśli.

M.W.: Ja dopuszczam. Mam nawet świadomość, że mogę zginąć na wiele sposobów, bo w większości sportów, które uprawiałam, zdarzały się niebezpieczne sytuacje. Już się z tą myślą oswoiłam, choć w różnych scenografiach. Raz to była scenografia rajdowa i było za szybko, innym razem podwodna i było jednocześnie za szybko i za głęboko... Wiele razy miałam taką myśl: „to już, o kurczę, szkoda, że tak głupio i tak szybko”, ale nie w górach. Oczywiście, były momenty, że coś się omsknęło i leciałam, nie wiedząc gdzie skończę, albo wpadałam w jakąś szczelinę... Ale góry – jak do tej pory – obeszły się ze mną bardzo łagodnie.

P.P.: Jest jeszcze jeden kluczowy punkt, który znam z doświadczenia. Zabija się twój partner. W każdym sporcie drużynowym, zespołowym, istnieje syndrom straty partnera. Raz w życiu miałem taki przypadek. I był krótki moment, kiedy się zastanawiałem, czy – w obliczu takich sytuacji – warto jeszcze ten sport uprawiać. Ale...

M.W.: Chyba jednak warto.

P.P.: Chyba warto. Sobie tego pytania nie muszę zadawać, bo jestem jednostronny, zafiksowałem się na górach i tak już będzie do końca. Ale ty przeszłaś z jednego sportu – szybkiego, adrenalinowego – do drugiego, bardziej długodystansowego. Nie kusi cię, nawet podświadomie, żeby wrócić do tego, co robiłaś kiedyś? Powiem ci, dlaczego o to pytam. Ten dżentelmen, o którym ci mówiłem – ten, co to w wieku siedemnastu lat wszedł na pierwszą górę ośmiotysięczną – dwa lata później skończył z tym sportem i dziś jest pilotem Air France. Z szybkimi karierami bywa różnie. Dlatego zawsze patrzę sceptycznie...

M.W.: Czy to nie jest słomiany zapał i czy nie skręcę w inną stronę? Myślałam o tym. Nie. Oczywiście, nigdy nie zrezygnuję z motorów – pewnie do końca życia będę sobie jeździć i szaleć. Ale pojazd mechaniczny interesuje mnie już wyłącznie jako środek do osiągnięcia celu, pokonania jakiegoś trudnego dystansu – jak podczas rajdu Transsyberia. Do nurkowania technicznego, któremu poświęciłam swego czasu wiele energii, też nie czuję potrzeby wracać. Po pierwsze, mocno mnie przystopował wypadek, któremu uległam, po drugie, w klasycznym nurkowaniu nie ma elementu stawiania sobie celu, pokonywania drogi. Możesz tylko nurkować wśród piękniejszych albo mniej pięknych rybek. Alternatywą jest nurkowanie głębinowe, ale ono niesie ze sobą kosmiczne ryzyko. A pokonywanie tylko i wyłącznie ograniczeń własnego organizmu nie stanowi dla mnie wyzwania. Teraz to miejsce w głowie, które poświęcam myśleniu o przyszłości, stawianiu sobie poprzeczki i planowaniu celów – zajmują góry. Oczywiście, przy moim charakterze można założyć, że pojawi się coś nowego, co mnie zafascynuje. Choć na razie nic takiego nie dostrzegam... Bo świetnym sportem byłoby np. żeglarstwo długodystansowe, tylko że ja mam chorobę morską.

P.P.: Po zejściu z Everestu zadałem sobie krótkie, żołnierskie pytanie – co dalej? I ciągle je sobie zadaję. U każdego człowieka, który wspina się w górach, prędzej czy później rodzi się pytanie o cel – „gdzie mam teraz iść?”. Trzeba odnaleźć w sobie takiego wewnętrznego eksploratora, który będzie ci mówił: „teraz jedź tam, teraz zobacz to”. Trzeba umieć manipulować celem, żeby go ciągle mieć, żeby to było gonienie króliczka. Bo człowiek, jak już złapie króliczka, to staje z tym króliczkiem w ręku i czuje się głupio. Nie wie, co ma z sobą zrobić. Powiedzmy, że teraz uda mi się wejść na Annapurnę, zrobić wszystkie czternaście ośmiotysięczników... i co dalej? Sam jeszcze do końca nie wiem, w którą stronę mnie pociągnie. Dlatego zawsze do bólu pytam ludzi, którzy są na początku tej drogi – czego oczekujesz od gór? Czego chcesz tak naprawdę? Co cię tam będzie trzymać na długo? Bo jeśli tylko widoki – za jakiś czas ci się znudzą. Będą dokładnie takie same. Jeśli pokonywanie własnych słabości – kiedy osiągniesz granicę swoich możliwości, też już dalej nie pójdziesz.

M.W.: Zasadnicza różnica między nami polega chyba na tym, że dla ciebie góry są bez wątpienia sposobem na życie. To jest, tak jak powiedziałeś, twoje królestwo, twoja życiowa droga. Dla mnie góry są mimo wszystko...

P.P.: Scenografią?

M.W.: To dobre określenie – scenografią do tego, co dokonuje się wewnątrz mnie. Jestem w stanie wyobrazić sobie jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym w górach osiągnąć. I wiem, że póki tego nie zrobię, nie poczuję spełnienia. Więc to nie tak, że góry są dla mnie tylko kwiatkiem do kożucha. Ale nie da się ukryć: nie są treścią mojego życia. Żeby osiągać naprawdę dobre wyniki, musiałabym poświęcić się im znacznie bardziej. Albo jesteś redaktorem naczelnym „National Geographic” i masz do wydania ileś magazynów i dodatków, albo twoja główna energia jest jednak skupiona na górach. Praca gigantycznie pochłania i te pasje, które zdawały się strasznie ważne, zaczynają tracić na ważności. Za dużo rzeczy mnie tutaj trzyma, żebym mogła pójść odważniej w kierunku pasji.

Zresztą w ogóle nie wiem, jak to się wszystko ułoży, bo... zmiany, zmiany, zmiany. Trudno mi wyobrazić sobie, jak może wyglądać życie, kiedy tak radykalnie zmienia się sytuacja osobista. Mam oczywiście kilka pomysłów na później – kiedy już urodzę córkę. Na pewno jest jedna góra – ani bardzo wysoka, ani bardzo trudna, ale w moim odczuciu bardzo piękna...

P.P.: Mam zgadnąć? Ama Dablam.

M.W.: W istocie. Kiedy będę wracać w góry, od niej chciałabym zacząć. No i nęcą mnie ośmiotysięczniki... Bardzo przemawia mi do wyobraźni Dhaulagiri, Makalu, na pewno bezpiecznie czułabym się na Lhotse, bo już sporą część drogi na tę górę znam... I chcę skończyć kurs wspinaczkowy. Powiedziałabym, że jestem w fazie poszukiwań. Ale na najbliższy czas mam zajęcie, bez wątpienia.

P.P.: Mnie chyba nie wypada mówić o marzeniach, bo czego może chcieć ktoś taki, jak ja? Na pewno będę szukał wyłącznie tego, co będzie mi sprawiało satysfakcję. Nie będę robił niczego dla kompletowania, zbierania, bycia „naj”, bo to już mam za sobą. Kiedyś śniło mi się, że umrę w wieku czterdziestu lat – miałem wtedy trzydzieści parę, już byłem po kilku wysokich wierzchołkach. Zacząłem się zastanawiać – kiedy tak naprawdę mógłbym umrzeć? Oczywiście, to głupie pytanie, bo człowiek nigdy nie chce umierać. Ale kiedy poczułbym, że już jestem spełniony? I wtedy sobie pomyślałem – jak już zobaczę wszystko to, co chcę zobaczyć. Tyle, że to jest worek bez dna. Jedyne wyjście to marzyć do końca życia i ciągle mieć jakieś cele.

Polecamy

Zimowa Korona Gór Polski 2009

Jak już wcześniej informowaliśmy portal nasz przyjął patronat internetowy nad projektem Zimowa Korona Gór Polski 2009.

Zapraszamy do działu SPORT gdzie zamieściliśmy komplet materiałów na temat tego projektu.

więcej

10.explorers festival 2008

W dniach 19 - 23 listopada 2008 r. al. Politechniki 3a, Łódź. Światowe indywidualności alpinizmu, eksploracji, sportu, przygody i filmu.

19 listopada / środa

18.00 Otwarcie festiwalu

więcej

Jesienne pokazy slajdów w KW Warszawa

Marcin Miotk
Zapraszamy na cykl pokazów slajdów z gór całego świata, organizowany przez Klub Wysokogórski Warszawa. Wszystkie pokazy odbywają się w siedzibie KW WARSZAWA, ul. Noakowskiego 10/12.
więcej

Trzy góry, trzy stany, trzy myśli

Powoli zapadam w sen, a właściwie w senny, wysokościowy letarg. Mózg wie, że musi odpocząć, ale chemia mu nie daje. (...) pod zamkniętymi powiekami obrazy ni to z przeszłości, ni to z przyszłości, ni to z Kafki, ni to z Witkacego.

Wyprawowe nostalgie Piotra Pustelnika przeczytasz tutaj

więcej
Najczęściej czytane
Newsletter

Zapisz się do newslettera TREK-and-MORE


Zapisz Wypisz